Header

„Janusze” czyli “kartofle z wąsami ” znaczą teren

 Parawaning – taką nazwę nadali zjawisku fejsbukowicze – to rezerwowanie sobie miejsca na bałtyckich plażach, zamykanie innym plażowiczom drogi do morza.

Parawan, który niegdyś służył do ochrony przed wiatrem, teraz stał się pancernym płotem, granicą plażowego domostwa, murem nie do sforsowania. Parawany stawiają . Tak sieciowa brać nazywa samców alfa, którzy znaczą teren i bronią własnego stada niczym szympansy. Posiadają też ich ogładę. „Janusz”, wraz ze swą strzaskaną na heban żoną Jolantą, odbudowuje na plaży układ swego mieszkania. Muszą mieć zatem kilka parawanów, które łączą, odcinając teren o powierzchni 30-50 metrów kwadratowych. Bywa, że i więcej. Czego tam nie ma – rozliczne koce, parasole, namiocik, basen dmuchany, leżaki. Żeby to wszystko pomieścić, „Janusz” nie może sobie drzemać, jakby był na wakacjach. Nie, on musi się zerwać skoro świt, czasem wcześniej niż wstaje do roboty, i zasuwać na plażę, by jakiś cwańszy „Janusz” nie zajął mu miejsca w pierwszej linii od morza. Dopiero potem idzie na śniadanie. Które spożywa w stresie, że ktoś mu przesunie plażową daczę. Zwyczaj rezerwowania całych połaci plaży czy basenowych leżaków czyni z nas europejskie pośmiewisko Dlaczego tak się wydurniamy, skąd to wakacyjne buractwo? Nie trzeba papierów socjologa, by zauważyć: to przedłużenie naszych obyczajów z życia codziennego. Z miejsc, gdzie mieszkamy i pracujemy. Polak od ćwierwiecza nie robi nic innego, tylko rywalizuje. Pracujemy najdłużej na świecie. W pracy podlegamy nieustannym ocenom. Presji, że przyjdzie młodszy i tańszy.

Wyścig szczurów, rywalizacja zamiast współpracy, tym nasiąkamy już od podstawówki. W miastach marzymy o mieszkaniu na osiedlu z wysokim płotem i szlabanem. Na wsiach najważniejszą budowlą też okazują się płoty. Stawiamy je na złość sąsiadom, władzy, wszystkim. Bo liczę się tylko ja i to, co moje. Za płotem niech się wali. Nie dziwmy się potem, że i na wakacjach zachowujemy się jak buraki. Stajemy się zresztą w tej kwestii europejskim pośmiewiskiem. W krajach południa Europy nie używają parawanów, ale my mamy inne pomysły na obsikanie terenu. W hotelach bladym świtem rzucamy ręczniki na leżaki. Na adriatyckich plażach już w nocy rozkładamy karimaty. Ten zwyczaj oburzył włodarzy wielu chorwackich gmin. Do tego stopnia, że zatrudniły one służby porządkowe do usuwania rzeczy pozostawionych na noc przez Polaków. Czas, by i nasze nadmorskie gminy wzięły się za dziki „parawaning”. Rezerwacja całych połaci plaży jest bowiem nie tylko sprzeczna z dobrym obyczajem, ale i polskim prawem. I nie ma co liczyć na autorefleksję „Januszy”. Przeciwnie, z roku na rok będzie gorzej. Za dowód niech posłuży historia, jaką opowiedziała mi koleżanka z pracy, która właśnie wróciła znad polskiego morza: – Kiedy poszłam na plażę tuż po śniadaniu – opowiada – cały dostęp do morza był już ogrodzony przez szczelny kordon parawanów. Rozłożyłam swój leżak obok sporego plażowego rancza. Na to zza parawanu wychylił się brzuchaty jegomość: – Pani mi blokuje drogę po lody i kukurydzę! – zagrzmiał. – Ma pan trzy wyjścia – znajoma wykazała się tupetem. – Po pierwsze: może pan nie jeść lodów. Po drugie: może pan iść na lody do Szwecji. A po trzecie: może pan nieco zmniejszyć swoje rozległe legowisko i zrobić przejście sobie i innym. Mężczyzna zrobił się czerwony, już chciał puścić wiązankę, kiedy zza parawanu wychyliła się jego uwędzona żona: – Zostaw, Heniek – rzuciła. – Na chamstwo nie ma rady.

1