Header

Historia tajemniczego pociągu, który … rozpłynął się w powietrzu

Na początku 1945 r. z dworca kolejowego w Świebodzicach miał wyjechać pociąg towarowy z tajemniczym ładunkiem. Według różnych, niepotwierdzonych hipotez miał przewozić: dzieła sztuki, depozyty bankowe, rudy rzadkich metali lub pociski z gazami bojowymi. Kolejnym przystankiem na trasie pociągu miała być obecna stacja Wałbrzych Szczawienko. Problem polega na tym, że nigdy do niej nie dotarł. Pomiędzy Świebodzicami i Wałbrzychem pociąg… rozpłynął się w powietrzu.

Historia ta jest doskonale znana wszystkim osobom interesującym się tajemnicami Wałbrzycha. Popularnie nazwano ją „sprawą 65 km”, bo właśnie w tym miejscu linii kolejowej nr 274 łączącej Wrocław z Wałbrzychem miał rzekomo istnieć wlot tunelu, w którym ukryto pociąg. Od ponad pół wieku tę zagadkę próbuje rozwikłać Tadeusz Słowikowski, emerytowany górnik z Wałbrzycha.

– O tajemniczym tunelu po raz pierwszy usłyszałem na początku lat 50. od niemieckich górników, z którymi pracowałem na kopalni – mówi pan Tadeusz. – Wcześniej stanąłem w obronie jednego z nich, który został kopnięty przez Polaka. Niemcy byli tym zaskoczeni, ale zyskałem tym ich sympatię i zaufanie. Dzięki temu w trakcie rozmów dowiadywałem się od nich o różnych ciekawych rzeczach, które miały miejsce w trakcie wojny na terenie Wałbrzycha. Słowikowski, zaintrygowany sprawą tunelu, zaczął drążyć temat i docierać do kolejnych świadków, m.in. dwóch Niemców, z których jeden był zawiadowcą na obecnej stacji Wałbrzych Szczawienko, a drugi pomocnikiem maszynisty.

Obaj twierdzili, że widzieli tunel. W 1989 r. Tadeusz Słowikowski zainteresował tematem gen. Jerzego Skalskiego, ówczesnego wiceministra obrony narodowej. W piśmie skierowanym do wojewody wałbrzyskiego generał zlecił wnikliwe zbadanie sprawy tajemniczego pociągu, prawdopodobnie przewożącego ładunek pocisków z gazami bojowymi, który mógł zostać ukryty w podziemiach pod zamkiem Książ. Sprawa została zbadana, ale na ślad tunelu i pociągu nie natrafiono. Emerytowany górnik nie rezygnował z wyjaśnienia sprawy. W tym, że poszukiwania należy kontynuować, utwierdzały go informacje zawarte w dokumentach, do których udało mu się dotrzeć.

Najbardziej interesujące są te pochodzące z niemieckich archiwów. Wynika z nich, że między 29 kwietnia a 14 maja 1929 r., w miejscu istnienia rzekomego tunelu Niemcy prowadzili zakrojone na szeroką skalę prace geologiczne. Interesowały ich miąższość i skład warstw geologicznych. Mogło to wskazywać na przygotowanie gruntu pod budowę tunelu. W 2002 r. Tadeusz Słowikowski wystąpił o zgodę na rozpoczęcie prac ziemnych do Polskich Kolei Państwowych. Załatwianie formalności zajęło wiele miesięcy. Ostatecznie zakończyły się sukcesem.

Przedstawiciele kolei zastrzegli, że prace nie mogą powodować utrudnień w ruchu pociągów na linii kolejowej nr 274 ani doprowadzić do zniszczenia infrastruktury kolejowej. Zezwolenie na przeprowadzenie prac eksploracyjnych miało obowiązywać przez pół roku. Wykopaliska rozpoczęły się 24 marca 2003 r. i zakończyły po trzech dniach, po tym, jak dyrekcja PKP cofnęła zgodę na eksplorację. Kiedy wydawało się, że sprawa tajemniczego tunelu i ukrytego w nim pociągu pozostanie jedną z miejskich legend, temat nieoczekiwanie wypłynął na wierzch. Dwaj mężczyźni – mieszkaniec Wałbrzycha i obywatel Niemiec – poprzez reprezentującą ich kancelarię prawną zgłosili sprawę odkrycia miejsca, w którym ma stać ukryty pociąg.

Najpierw do Starostwa Powiatowego w Wałbrzychu, które ujawniło sprawę. Ze względu na zawarte w doniesieniu sensacyjne informacje o tym, że w pociągu mogą być np. cenne kruszce, sprawa nabrała światowego rozgłosu i ruszyła lawina spekulacji, czy nie chodzi przypadkiem o złoto wywiezione przez Niemców z Wrocławia. Pełnomocnicy znalazców tonują obecnie informacje o przewożonym złocie i twierdzą, że chodzi o pociąg pancerny. Wiadomo, że jest ukryty w Wałbrzychu, prawdopodobnie w okolicach stacji Wałbrzych Szczawienko. Władze miasta zgłosiły sprawę do Ministerstwa Skarbu Państwa, Ministerstwa Obrony Narodowej oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Kolejny krok w tej sprawie należy do władz państwa.

Miała być światowa sensacja, a wyszła kompromitacja

Nacisk międzynarodowej opinii publicznej na wyjaśnienie tej sprawy jest ogromny. Polski rząd nie może więc zbagatelizować tematu, chociaż w temacie ukrytych pociągów ze złotem ma przykre doświadczenia z przeszłości. W latach 80. wojsko szukało nazistowskich skrytek przy drodze sudeckiej w rejonie Borowic. Po ich ekspedycji pozostała wielka wyrwa w zboczu. Nic tam nie znaleziono, żołnierze kierowali się wskazówkami… różdżkarzy. Te poszukiwania były częścią wielkiej misji zorganizowanej przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych za zgodą jego szefa, gen. Czesława Kiszczaka.

Wizją ukrytego złota Wrocławia zaraził go major kontrwywiadu Stanisław Siorek. Później jako miejsce ukrycia skarbu wskazano mającą istnieć sieć podziemi pod klasztorem w Lubiążu. Również tam prowadzone poszukiwania zakończyły się fiaskiem. Do tematu powrócono w latach 90. Pociągu ze złotem szukano wówczas we wnętrzu góry Sobiesz koło Piechowic. W sprawę miał być zaangażowany premier Józef Oleksy i wicepremier oraz minister finansów Grzegorz Kołodko. Sprawa wyszła na jaw przy okazji otwarcia słynnej szafy pułkownika Jana Lesiaka. Emerytowany oficer Urzędu Ochrony Państwa w specjalnym oświadczeniu stwierdził, że zajmował się wyjaśnieniem zagadki złotego pociągu, który miał wjechać tuż przed zakończeniem wojny do wnętrza góry.

Temat miał wypłynąć od Władysława Podsibirskiego, poszukiwacza amatora z podwarszawskich Janek. W maju 1995 r. wiceminister finansów w rządzie Oleksego, Jan Bogutyn, zawarł z nim umowę. Podsibirski miał dostać 10 proc. wartości każdej odnalezionej przez siebie sztabki na tym terenie. Gdy rząd nie dał się namówić na odnalezienie złotego pociągu, Władysławowi Podsibirskiemu udało się przekonać do sfinansowania prac grupę prywatnych inwestorów. Poszukiwania rozpoczęto w 1998 roku z dużym rozmachem. Na Sobiesz sprowadzono ciężki sprzęt, dynamit i urządzenia wiertnicze.

Kopano i wiercono w wielu miejscach. Na ślad skarbu nie natrafiono. – Ta legenda narodziła się wiele lat temu, gdy pan Podsibirski miał niewielką firmę pod Warszawą. Przyjeżdżał do niego zaopatrzeniowiec z jeleniogórskiego PKS-u i karmił go opowieściami o skarbach. Podsibirski uwierzył w coś, czego nie ma – mówi Mieczysław Bojko, prezes Stowarzyszenia Poszukiwaczy Zaginionych Zabytków Talpa, który interesował się górą Sobiesz na początku lat 90. Na jego prośbę wykonano nawet zdjęcia lotnicze tego miejsca w podczerwieni i ultrafiolecie. Według innej wersji, Podsibirskiego skierowano na błędny trop celowo, by odwrócić uwagę od innych miejsc, w których rzeczywiście coś zostało ukryte.

W środowisku poszukiwaczy mówi się też o pewnym epizodzie poszukiwań na górze Sobiesz. Kiedy inwestorzy byli już zniecierpliwieni brakiem efektów, szef ekspedycji poprosił o telefon komórkowy. Poinformował zmęczoną ekipę, że zadzwoni do córki oficera, który ukrywał skarb i odszedł w pobliskie krzaki. Wrócił po chwili ze szczegółowymi informacjami, gdzie stoi lokomotywa i wagony. Gdy poszukiwania także i w tym miejscu nic nie przyniosły, ktoś postanowił sprawdzić numer, pod który dzwoniono. Odezwał się kobiecy głos. Pani przedstawiła się jako specjalistka od wróżb i przepowiedni.

Skarb Leonharda von Schrecka zakopany pod zamkiem Grodno

Na Dolnym Śląsku nie tylko Wałbrzych i okolice Jeleniej Góry są wymieniane jako wojenne schowki niemieckich nazistów. Na terenie gminy Walim w powiecie wałbrzyskim Niemcy budowali potężny, podziemny kompleks Riese (po polsku Olbrzym). Jego przeznaczenie do dziś pozostaje nieznane, stąd liczne spekulacje dotyczące również skarbów, które miały być ukryte w sztolniach.

– Mieszkający od lat 20. w Walimiu Paul Schymura twierdził, że 5 maja 1945 r. władze zakazały mieszkańcom opuszczania domów i nakazały szczelnie zasłonić w nich okna – mówi Łukasz Kazek, radny Walimia i pasjonat historii Gór Sowich. – Tego dnia na głównej drodze Walimia stanął szpaler żołnierzy niemieckich, którzy pilnowali, by mieszkańcy nie wyglądali ze swoich domów. Mimo to Schymura przez uchyloną zasłonę miał widzieć, jak przez miasto przejeżdżało kilkanaście ciężarówek eskortowanych przez żołnierzy niemieckich.

Podobna historia miała mieć miejsce również na terenie gminy Walim, a związana jest z zamkiem Grodno w Zagórzu Śląskim. Sprawa sięga kwietnia 1945 r. Pod osłoną nocy w kierunku zamku nadjechała rzekomo wojskowa ciężarówka Opel Blitz. Miejsca w szoferce obok kierowcy zajmowali oficer w mundurze SS oraz major Wehrmachtu, specjalista od prac minerskich. W bramie wejściowej do zamku czekało dwóch szeregowych esesmanów, którzy zdjęli z ciężarówki dwie obite blachą skrzynie i wnieśli do wydrążonego pod zamkowym dziedzińcem tunelu. Później saper zabezpieczył minami jego wlot.

Wejście zostało zawalone i zamaskowane. Relacja ma pochodzić od osoby utrzymującej, że jest wspomnianym wcześniej majorem Wehrmachtu, który maskował tunel. Major, przedstawiający się jako Leonhard von Schreck, miał opisać całą sprawę w listach do Joanny Lamparskiej, byłej dziennikarki naszej gazety i autorki książek o tajemnicach Dolnego Śląska. Kilka lat temu próbowano zweryfikować informacje dotyczące ukrycia skrzyń. Dziedziniec zamku został zbadany przez specjalistów dysponujących georadarem i magnetometrem. Wyniki prac wykazały, że pod dziedzińcem istnieje pusta przestrzeń.

Może to być tajemniczy tunel, a równie dobrze pozostałości klatki schodowej, która wiodła do wyjścia u podnóża zamku. Jednak nie wszystkie opowieści związane z ukrywanymi przez Niemców na Dolnym Śląsku skarbami pozostają tylko legendami. Po tym, jak w 1941 r. pierwsza aliancka bomba została zrzucona na Bibliotekę Pruską w Berlinie, zapadła decyzja o wywiezieniu jej najcenniejszych zbiorów w bezpieczne miejsca. Jednym z nich był zamek Książ, który pozostawał poza zasięgiem bombowców RAF.

Do Książa miało łącznie trafić ponad 500 skrzyń. Było w nich ukryte m.in.: około 19 tys. rękopisów z Bliskiego Wschodu oraz spuścizna twórcza Mozarta, Beethovena, Bacha, Schumanna i Barholdiego. Do najcenniejszych zbiorów, które przewieziono samochodami i koleją do Książa, zaliczano dzieła Mozarta, oryginalne partytury „Wesele Figara”, „Uprowadzenie z Seraju”, czy „Czarodziejski flet”. Zbiory Berlinki, jak nadal się je potocznie nazywa, pozostawały w Książu do przełomu 1944 i 1945 r. Przewieziono je wówczas do klasztoru w Krzeszowie koło Kamiennej Góry. Tylko dzięki temu nie trafiły w ręce żołnierzy Armii Czerwonej. Zbiory ukryte w Krzeszowie Polacy w tajemnicy przed Rosjanami i Niemcami przewieźli do Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Sprawa z nimi związana wypłynęła nieoczekiwanie 27 maja 1977 r. Edward Gierek gościł wówczas z oficjalną wizytą w Berlinie i przekazał Erichowi Honeckerowi wyjątkowy prezent. Były to trzy czerwone, ozdobne skrzyneczki, w których umieszczono rękopisy dzieł Mozarta: opery „Czarodziejski flet”, mszy c-moll oraz symfonii „Jupiter”. Ponadto część 9. symfonii i 3. koncert fortepianowy Beethovena oraz koncerty na dwa fortepiany Bacha. Z zamkiem Książ związana jest też sprawa Bursztynowej Komnaty. Zwolennicy teorii twierdzą, że miała być zainstalowana w sali Konrada, która ma identyczne wymiary jak Bursztynowa Komnata

1